
Tłusty czwartek. A jak tłusty czwartek to i pączki. Z tym pysznym, słodkim ciastem łączy mnie długi i namiętny romans. Uwielbiam je. Ale jestem wybredna, wszak pączek, pączkowi nierówny.
W Warszawie najlepsze ma podobno Blikle. Pamiętam długie minuty spędzone w zakręcającej ( jak prosto z PRL) kolejce w oczekiwaniu na wejście do cukierni. Zwykle gdy dochodziłam wreszcie pod drzwi pączki się kończyły i trzeba było odstać swoje zanim przywiozą nowe. Niestety z roku na rok pączki robią się coraz mniejsze i coraz droższe.
Jednak najlepsze pączki w życiu jadłam w małej miejscowości Drawno w pięknych okolicznościach przyrody Drawieńskiego Parku Narodowego. W wakacje spacerując po tej mieścinie,kierując się w stronę jeziora wiele razy widzieliśmy zadowolonych ludzi niosących całe palety pączków. Idąc ich śladem trafiliśmy do maleńkiej cukierni, która (uwaga) w połowie jest sklepem dla wędkarzy:)
Dowiedzieliśmy się, że mają tam słynne w całej okolicy i najpyszniejsze na świecie pączki. Och, co to są za pączki, to czysta poezja. Zgrabne. leciutkie, z jeszcze ciepłym toffi lub dżemem, smażone jak należy w smalcu. Idealne.
Łatwo przewidzieć ciąg dalszy tej historii. Pełne uzależnienie. Zamawiane telefonicznie ( bo za szybko znikają) setki pączków wypełniały nasze wakacje. I tak jest zawsze.
Tęsknię dziś za nimi.
A wy jakie lubicie najbardziej?
Jeśli szukacie przepisu na domowe pączki jest on TU
